VI Kołobrzeski Maraton Rowerowy - relacja

Dzień w którym miał się odbyć VI Kołobrzeski Maraton Rowerowy był chyba najbardziej wietrznym dniem roku. Wiatr o sile  >30 km/h (przy podmuchach wydaje mi się, że było znacznie więcej) powodował, że mimo świecącego słońca marzłem oczekując na start. Trasa maratonu była niezmieniona w stosunku do poprzedniego roku, czyli ok 150 km, w większości płasko, z kilkoma małymi hopkami. Tym razem udało mi się trafić do startującej na końcu stawki, teoretycznie najsilniejszej grupy.
Po starcie od razu mocne tempo, a mięśnie zimne, więc przez chwile bolało. Po kilku minutach udało mi się złapać rytm i można było jechać. Grupa cały czas rozciągnięta w wachlarz. Ci co nie odpadli dają solidne zmiany. Staramy się gonić 2 grupki przed nami, bo to oni są największym dla nas zagrożeniem. Co chwilę skład grupy się zmienia, bo próbują dołączać do nas dogonieni kolarze. Na trasie dostajemy informacje o zmniejszającej się różnicy między nami, a tymi których gonimy. Z początkowych 2 minut zostaję 80 sekund, później 40. Na około 50 kilometrze trasy doganiamy najgroźniejszych rywali. Tutaj peleton znacznie się powiększa i na oko jedzie z nami ok 20 osób. Ciągle mocne tempo prowadzi do selekcji, po której grupa liczy ok. 10 osób. Próbowałem też trochę skakać na nielicznych podjazdach, ale raczej bez przekonania, bo jazda w małej grupie na tym wietrze to proszenie się o kłopoty. Na ostatnich 50 km tempo wyraźnie spadło. Wiatr do tej pory raczej boczny zaczął wiać w twarz. Pogorszyła się też nawierzchnia i momentami było naprawdę mało przyjemnie. Kiedy zbliżaliśmy się do Kołobrzegu z mojej startowej grupy zostały 4 osoby (wszystkich było 8-9 osób), w tym Maciej z mojej kategorii. Kiedy Maciej zszedł z dość długiej i solidnej zmiany, a przed nami była ostatnia na trasie hopka postanowiłem zaatakować. Doskoczył do mnie jeden z dogonionych zawodników. Uzyskaliśmy kilkadziesiąt metrów przewagi. Niestety cały misterny plan ataku udaremnił ruch drogowy w Kołobrzegu. Trasa kompletnie niezabezpieczona, a miasto zakorkowane. Z grupy poszły kontrataki. Maciej ciągle był z tyłu, ale przewaga malała. No i wtedy z podporządkowanej drogi wyjechał nam autobus, nie zostawiając miejsca na przeciśnięcie się. Hamowanie do zera. Na następnym skrzyżowaniu to samo - korek... Ja próbowałem środkiem, niektórzy (w tym Maciej) poszli po prawej, co było lepszym wyborem. Na finiszu udało się wywalczyć 3 miejsce Open, ale na zwycięstwo w kategorii zabrakło dystansu.
Z wyniku i jazdy jestem zadowolony. Z drugiej strony mogło być lepiej, ale zabrakło trochę szczęścia przy przepychaniu się przez korki. Swoją drogą uważam, że organizator powinien pomyśleć o ustawieniu mety przed wjazdem do miasta, tak żeby finisz był mniej przypadkowy i przede wszystkim bezpieczniejszy.

Wyniki




Grand Prix Wielkopolski w Maratonach MTB, Suchy Las - relacja

Wyścig prawie pod oknami domu, sponsor opłaca wpisowe (dzięki Goggle!) - szkoda byłoby nie wystartować. Trasa dobrze mi znana, bo to moje treningowe tereny. 66 km dystansu (dwie rundy do przejechania) + 2 km rundy honorowej, bez specjalnych trudności z wyjątkiem kilku miejsc, gdzie zebrało się trochę więcej piasku.
W tej serii imprez organizator nie przewidział niczego takiego jak sektory startowe, więc trzeba się starać, żeby podczas startu stać z przodu, bo później mogą być problemy z zatorami na trasie. Udaje mi się zająć całkiem dobrą pozycję, po starcie jadę z przodu peletonu. Przejeżdżamy przez Suchy Las asfaltem żeby z powrotem skręcić w szutrową drogę. Niestety pilot prowadzący rundę honorową wjeżdża w inna drogę niż powinien i myli większość czołówki, w tym mnie. Wyprzedza mnie mnóstwo osób, a okazja do nadrabiania będzie dopiero na asfaltowej drodze przez poligon. Tutaj kilka mocniejszych pociągnięć i udaje się dojechać do pierwsze grupy. Peleton jest duży i dopiero po ponownym wjechaniu w teren zaczyna się selekcja. Ląduję w kilkunastoosobowej grupce. Po pierwszej rundzie i zjeździe kilku osób w kierunku mety Mini zostaje nas dziewiątka. Wielu chętnych do gonienia prowadzącej trójki nie ma. Po kilku nieudanych próbach jazdy po zmianach postanawiam jechać spokojnie z tyłu oszczędzając siły na końcówkę, bo szans na dojście trójki przed nami z taką jazdą nie ma. Na asfaltowym podjeździe na Morasku, na ok. 3 km przed metą przesuwam się do przodu żeby wjechać na zjazd na dobrej pozycji. No i tutaj jadący po zewnętrznej stronie zakrętu zawodnik postanawia skręcić wcześniej ode mnie, wjeżdża mi w kierownice i powoduje upadek... Cała grupa odjeżdża, a ja nie mam już szans na walkę z nimi.
Na metę wjeżdżam na 12. miejscu Open i 5. w M2. Mój czas to 02:19:50, strata do zwycięzcy niecałe 5 minut. Szkoda, że przez upadek nie mogłem powalczyć o coś więcej. Wniosek ze startu jest też taki, że MTB powinno się jeździć w górach, bo jazda po płaskim w peletonie z osobami, które niekoniecznie potrafią się w nim zachować nie jest przyjemna ani bezpieczna...

Wyniki



Powerade Suzuki MTB Marathon, Głuszyca - relacja

Kolejna odsłona Powerade Suzuki MTB Marathon, tym razem w Głuszycy. No i tradycyjnie już towarzysząca tej serii "mało sprzyjająca" pogoda - jak nie upał w Ustroniu to błoto w Głuszycy... Padało w dniu poprzedzającym imprezę, w nocy, rano. Jak startowaliśmy to już tylko mżyło od czasu do czasu. Było tak niemiło, że organizator postanowił zmienić trasę dystansu Mega na trochę dłuższą, ale łatwiejszą. Giga została niezmieniona, czyli 87 km i ponad 3000 m przewyższeń. Zapowiadała się ciężka walka.
Po starcie pierwszych kilka kilometrów asfaltem. Jak zawsze tempo spokojne do pierwszego konkretniejszego podjazdu, który zaczyna selekcję. Staram się jechać spokojnie, ale jestem dość wysoko. Wjeżdżamy do lasu i w błoto, które na tym fragmencie strasznie lepi się do opon. Zjazdy to dla mnie raczej ześlizgiwanie się albo zbieganie - nie znoszę takich warunków... Tracę dużo czasu i pozycji, po 25 km mam dość jazdy. Na szczęście okazało się, że początek to był najtrudniejszy fragment, później odrobinę jakby przeschło. Do 40 km jeszcze sporo podjazdów, potem aż do miasteczka zawodów raczej płasko i zjazdy. Mijam miasteczko, ale to oczywiście nie koniec, zostało jeszcze prawie 40 km, w tym Wielka i Mała Sowa. Podjazd na Wielką Sowę jest ciężki nawet na sucho (praktycznie cały czas po luźnych kamieniach i korzeniach), a w tych warunkach i przy takim zmęczeniu to droga przez mękę. Dalej zjazdy, długie i techniczne - palce odmawiają posłuszeństwa przy hamowaniu. Ostatnie 15 km to chyba najtrudniejsze dla mnie kilometry w tym sezonie (w tym upadek na ostatnim przed metą zjeździe). No ale w końcu się udało dojechać, co uważam za spore osiągnięcie tego dnia. Prawie 7 godzin na rowerze w górach...
Wynik jak można się spodziewać po takich warunkach słaby - 41 miejsce Open i 20 w M2. Strata do zwycięzcy 1 godzina i 46 minut. Kolejna sroga lekcja MTB. Ale i tak było warto :)

Wyniki
Galeria Kasi
The best of

fot. http://gluszycagorna.com.pl/
fot. ssandraa1990

VIII Ogólnopolski Wyścig Kolarski o Puchar Merx - relacja

Po kilku startach MTB przyszedł czas na szosę. Podróż nie była długa, bo do Wągrowca, gdzie rozgrywany był VIII Ogólnopolski Wyścig Kolarski o Puchar Merx (dzięki hojności sponsora nie było opłaty startowej, co rzadko się spotyka) mający drugą kategorię Challenge Masters - czyli można się było spodziewać mocnej stawki. Wyścig rozgrywany była na 7 kilometrowych, raczej płaskich rundach, a start i meta znajdowały się na miejskim rynku. Kategorie MA-20, M30 i M40 miały do pokonania 11 rund.
Start opóźniał się trochę z powodu problemów z zamknięciem trasy dla ruchu samochodowego, ale w końcu udało się wystartować. Tempo od początku wysokie. Co chwile ktoś odskakiwał, ale nikomu nie udawało się zyskać znaczącej przewagi nad grupą. Ja starałem się trzymać raczej z tyły, oszczędzając siły. Na piątym okrążeniu niestety dałem się ponieść i doskoczyłem do Radka Lonki, który jechał kilkadziesiąt metrów przed peletonem. Próbowaliśmy zyskać przewagę nad grupą jadąc po zmianach. Trwało to jakieś jedno okrążenie, do momentu kiedy tempo w peletonie wzrosło, a ja znacząco osłabłem. Byłem na tyle zmęczony, że nie miałem siły zareagować na kontrataki kolejnych zawodników. W ten sposób uformowała się kilkunastoosobowa ucieczka. Ja niestety zostałem w peletonie, w którym chętnych do gonienia ucieczki brakowało (głównie z powodu interesów grupowych). Do końca jechałem z przodu grupy, której tempo zdecydowanie spadło. Wyścig dla mnie skończył się sprinterskim finiszem z grupy.
Ostatecznie zająłem 4. miejsce w kategorii MA-20 - "na kresce" byłem trzeci, ale jeden z zawodników z mojej kategorii dojechał w ucieczce. Impreza ogólnie udana i przyjemna, chociaż z wyniku nie do końca jestem zadowolony. Żeby liczyć na coś więcej w takim wyścigu trzeba, albo jechać zespołowo, albo zdecydowanie mądrzej taktycznie...



Powerade Suzuki MTB Marathon, Ustroń - relacja

Kolejna daleka wyprawa na maraton. Tym razem do Ustronia, gdzie mieliśmy się ścigać na trasie podobnej do tej z ostatniego etapu MTB Trophy. Pogoda tym razem, można powiedzieć, że była aż za dobra. Temperatura w cieniu 28 stopni, a to znaczy, że na odsłoniętych podjazdach czujesz się jakbyś jechał po rozgrzanej patelni. Trasa Giga miała 71 km i 2640 metrów przewyższeń.
Na starcie ustawiłem się standardowo już w drugim sektorze. Pierwsze kilka kilometrów to asfalty - najpierw pod górę, później trochę zjazdu. Tempo na tym odcinku nie było bardzo mocne i widać było, że czołówka czeka na początek terenu. Teren się zaczął i czołówka zaczęła odjeżdżać. Podjeżdżaliśmy po szutrze, a nachylenie momentami było naprawdę spore. Jechałem mocno i utrzymywałem dość wysoką pozycję. Później kawałek wypłaszczenia. Tutaj miałem małą przygodę... Zaparowały mi okulary, widoczność mi się ograniczyła, co spowodowało, że nie doceniłem głębokości pułapki błotnej (chyba jednej z kilku na całym dystansie). Myślałem, że się przetoczę, ale się nie udało. Zassało mi koło po piasty, a ja poleciałem twarzą w głębokie błoto. Okulary miałem brudne od błota od strony oczu... No nic, trzeba jechać dalej. Dalej na zmianę mozolnie pod górę i szybko w dół. Na jednym ze zjazdów niestety trochę za wolno i duże luźne kamienie znowu wyrzuciły mnie z siodełka. Prędkość mała, więc nic się nie stało. Na kolejnym szybkim, kamienistym zjeździe złapałem kapcia. Tym razem zmiana dętki nie poszła szybko, bo strasznie męczyłem się, żeby ściągnąć oponę z obręczy. Straciłem chyba z 10 minut. Wypadłem z rytmu i zaczęło mi się jechać bardzo ciężko. Podjazd (a często podejście) pod Klimczok ciągnął się strasznie długo, a ja walczyłem już raczej ze sobą niż z czasem. Wreszcie zjazd w kierunku Brennej, można było trochę odpocząć, bo upał wykańcza. No i niestety drugi kapeć tego dnia. Nie miałem już dętki na zmianę, naboje CO2 też wystrzelone, znowu walka z oponą. Zacząłem naklejać łatki, pożyczyłem pompkę. Okazało się, że nie załatałem wszystkich dziur i wszystko od nowa... Za chwilę łatki też mi się skończyły. Kompletna rezygnacja, bo straciłem już kupę czasu... W końcu udało mi się załatać to koło, ale sensu do mety jechać nie było. Wycofałem się w okolicach 50. kilometra, po pokonaniu 2000 metrów w pionie.
Szkoda tego startu, bo szczególnie pierwszy mój międzyczas (przed kapciami) był obiecujący. Dystans Giga wygrał Adrian Brzózka z czasem 3:34:20, a ja skończyłem z wpisem DNF w tabeli wyników... Chyba najwyższa pora przejść na tubeless (chociaż nie daje to całkowitej pewności, to prawdopodobieństwa takich przygód jak moje tego dnia jednak mniejsze).

Wyniki
The best of Ustroń by Kasia
Galeria Kasi

fot. Tomasz Baran - www.tomaszbaran.com
fot. Tomasz Baran - www.tomaszbaran.com


MTB Trophy 2011


Etap I

Do Istebnej dotarliśmy w środę w nocy i przywieźliśmy ze sobą burzę. Jak tylko położyliśmy się spać zaczęło grzmieć i mocno padać. Padało jeszcze rano przed startem pierwszego etapu, którego start miał mieć miejsce o godz. 12. Etap liczył ok. 62 km i 2400 metrów przewyższeń. Startowałem z początku drugiego sektora (pierwszy zarezerwowany był dla stu najlepszych ubiegłorocznych uczestników). Pierwsze 10 km etapu to podjazd - najpierw po asfalcie, a później po szutrach i luźnych kamieniach. Mimo, że startałem się oszczędzać, mając w perspektywie kolejne dni jazdy jechałem na dość dobrej pozycji (myślę, że było to ok. 30 miejsca). Po podjazdach zaczęły się zjazdy. Na jedym z nich poczułem nieprzyjemne "pływanie" tylnego koła. Najpierw myślałem, że przebiłem dętke, ale okazło się, że defekt jest znacznie poważniejszy. Połowa szprych była wykręcona z nypli! Takie są niestety skutki jazdy na nieprzetestowanym sprzęcie (na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że koło kupowałem w trybie awaryjnym, po uszkodzeniu poprzedniego mojego koła i czasu na testy niestety nie starczyło). Sportowa rywalizcja na pierwszym etapie i jak w całym MTB Trophy się dla mnie skończyła. Wyścig będę kontynuował poza już klasyfikacją.
Z relacji inych zawodników wiem, że reszta trasy była wymagająca. Podjazdy skumulowane na dość krótkim dystansie stanowiły spore wyzwanie kondycyjne. Technicznie nie było bardzo trudno, ale to tylko przez to, że deszcz przestał padać na kilka godzin przed startem etapu i błotniste były tylko fragmenty trasy. Trudno też było znaleźć na mecie zawodnika, który nie miałby problemów ze sprzętem. Uszkodzone obręcze, przerzutki, opony, niedziałający napęd były bardzo powszechne.
Rywalizację na pierwszym etapie wygrał Bartosz Janowski z Dobre Sklepy Rowerowe Author. Z pełnymi wynikami można zapoznać się na stronie organizatora.
Jutrzejszy etap będzie etapem najdłuższym i pewnie najtrudniejszym. Prognozy pogody na jutro są mało optymistyczne - praktycznie przez cały dzień ma padać. Ponad 90 km odległości i ponad 3000 m przewyższeń obiecują trudną przeprawę. Dla mnie już niestety poza klasyfikacją.

Etap II

Dzisiejszy etap Beskidy MTB Trophy zaczynał się po czeskiej stronie granicy, co oznaczało, że na start trzeba było dojechać z Istebnej kilka kilometrów. Pogoda w na starcie i później w czasie wyścigu  okazała się, pomimo wcześniejszych prognoz, bardzo sprzyjająca. Umiarkowana temperatura i świecące słońce sprzyjały ściganiu. Niestety na trasie zalegało sporo błota, które było wynikiem wcześniejszych opadów. Trasa dzisiejszego etapu liczyła 85 km i ok. 2700 metrów przewyższenia.
Etap zaczynał się kilkukilometrowym podjazdem, najpier asfaltowym, a następnie szutrowym. Starałem się jechać spokojnie, bo wiedziałem, że do mety bardzo daleko, a za każde szaleństwo na początku trzbeba będzie zapłacić. Po pierwszych podjazdach, do ok. 30 km udawało mi się utrzymywać przyzwoitę tempo i niezła pozycję w stawce. Później niestety było już trochę gorzej, a to dlatego, że trasa diametralnie zmieniła swój charakter. Zamiast po szutrach i asfaltach jechaliśmy wąskimi singletrackami poprzecinanymi korzeniami, a błoto momentami sięgało po łydki, podjeżdzaliśmy, a często też podchodziliśmy po luźnych kamieniach, a na zjazdach zalegały kamienie, często całkiem sporej wielkości. Tututaj zdecydowanie wyszły moje braki techniczne i w dość szybkim czasie zacząłem tracić pozycje. Taki stan rzeczy miał miejsce do drugiego tego dnia bufetu, czyli do 50. km trasy. Największse technicze trudności były już za nami (co nie znaczy, że było łatwo), a stawka powoli zaczęła się stabilizować, a odstępy między zawodnikami rosnąć. Jeśli były jakieś przetasowania to raczej niwielkie. Na metę dojechałem w czasie 6:01:52, co dało mi 90. miejsce Open i 31. w ktegorii M2. Zwycięzcą etapu został Bartosz Janowski z czasem 4:33:39 Kiedy kilka minut przed godziną 21 rozmawialiśmy z organizatorem mówił on, że jeszcze 6 osób jest na trasie...
Jutrzejszego etapu na pewno też nie można zaliczyć do łatwych. 71 km odlegości to krócej niż było dzisiaj, ale przywższenia pozostają podobne, a to zapowiada jeszcze bardziej strome podjazdy  (w tym ten pod Wielką Raczę) i mniej dających chwile odpoczynku płaskich odcinków. Progonozy pogody też nie są optymistyczne, ale może tak jak dzisiaj też się nam upiecze.

Etap III

Trzeci etap Beskidy MTB Trophy miał być królewskim etapem tej imprezy, a to ze względu na dwa, chyba najbardziej charakterystyczne podjazdy okolic Istebnej - pod Ochodzitą i pod Wielką Raczę. Zachmurzone niebo rano i pesymistyczne prognozy pogody skłoniły organiztorów do wybrania wariantu trasy na złą pogodę, a ten miał liczyć 81 km i 2700 metrów przewyższeń. Z profilu trasy wynikało, że najtrudniejsze będzie ok. 30 pierwszych kilometrów etapu, a to ze względu na dwa, wcześniej wspomiane podjazdy.
Zaczęliśmy oczywiście pod górę, najpierw ulicami Istebnej, a później okolicznymi szutrami i asfaltami. Momentem kulminacyjnym pierwszej wspinaczki były kultowe płyty betonowe na Ochodzitej. W tym fragmencie jechało mi się całkiem dobrze. Regeneracja po poprzednim etapie musiała być całkiem przyzwoita. Na zjeździe z Ochodzitej, jak to zawsze u mnie na zjazdach, trochę gorzej, ale na tym fragmencie nie straciłem zbyt dużo. Później nastąpił interwałowy odcinek z bardzo stromymi podjazdami i szybkimi zjazdami po kamieniach. Zaraz za drugim bufetem zaczynał się podjazd pod Wielką Raczę, czyli najwyższy punkt dzisiejszego etapu. Podjazd wydawał się nie mieć końca, a jego nachylenie bardzo rzadko spadało poniżej 15 procent. Na tym podjeździe wyprzedził mnie tylko jeden zawodnik, co uznaję za dobry wynik. Po osiągnięciu szczytu zaczął się najtrudniejszy dla mnie odcinek. Najpierw zjazd po kamieniach i korzeniach, a później sigletrack gęsto poprzecinany korzeniami, które bardzo skutecznie wybijały mnie z rytmu. Tutaj straciłem niestety sporo. Dalsza część trasy była już łatwiejsza - na przemian podjazdy i zjazdy, ale już nie tak długie i strome. Przetasowania w stawce nie były już duże, a mi udawało się utrzymywać pozycję. Ostatnie 10 km to głównie asfalty, którymi wracaliśmy do Istebnej. Po asfaltach jeżdzę zdecydowanie lepiej niż w technicznych fragmentach dzięki czemu udało się tutaj wyprzedzić kilku zawodników. Ostatnie 500 metrów przed metą to kawałek terenu, na który chyba ktoś spejalnie wylał kilka ton błota, które momentami sięgało po piasty. No i w końcu meta.
Mój dzisiejszy wynik to 70. miejsce Open i 30. w kategorii M2. Na metę dojechałem w czasie 4:52:50, tracąc do tradycyjnego już zwycięzcy etapowego Bartosza Janowskiego 56 minut i 40 sekund. Dzisiejsze srtaty sprzętowe to jedna przecięta opona (nie wiem jak to się dzieje, ale Beskidy po prostu dewastują sprzęt).
Jutrzejszy, ostatni etap również nie będzie należał do łatwych. Odległość i przewyższenia będą podobne do tych dzisiejszych, a znając pomysłowość organizatorów w wyborze ścieżek można mieć pewność, że nie będzie to etap przyjaźni.
Etap IV

71 km i 2600 przewyższenia to parametry czwartego i zarazem ostatniego etapu Beskidy MTB Trophy 2011.
Kulminacyjnym punktem dnia miał być wspinaczka na ponad 1100 metrów n.p.m., na szczyt Klimczoka. Pogoda i tym razem zlitowała się nad już i tak zmęczonymi zawodnikami i rywalizacja przebiegała w przyjemnej temperaturze, a przepiękne beskidzkie widoki oświetlały promienie słońca.
Punktualnie o godzinie 10 padł sygnał startu i cały peleton zaczął zmagania z przygotowaną przez organizatorów trasą. Jak się można było spodziewać po poprzednich dniach rywalizacji i tym razem na trasę nie można było narzekać, bo każdy mógł na niej znaleźć to, co lubi najbardziej.
Początkowe asfaltowe i szutrowo - kamieniste podjazdy płynnie przechodziły w zjazdy wąskimi ścieżkami i bardzo szybkimi odcinakami szutrowymi. A to był tylko początek, bo po mozolnych kamiennych podjazdach zaczęła się jazda po technicznych ścieżkach biegnących zboczem góry i karkołomne zjazdy po różnej wielkości kamieniach i korzeniach.
Kolejne kilkadziesiąt minut to podjazd pod "ścianę" Klimczoka, a po osiągnięciu szczytu niesamowicie długi i płynny zjazd w kierunku Brennej. Na samym dole zjazdu ciężko było wyprostować palce u rąk, a hamulce powoli zaczynały odmawiać współpracy. Potem było już łatwiej. Przynajmniej łatwiej technicznie, bo zaczęły przeważać szutry, płyty betonowe i asfalty, ale rzadko było płasko.
Na końcu tradycyjny już odcinek wiecznego błota i uśmiech na twarzy każdego przejeżdżającego przez linię mety. Dla mnie był to udany etap. Pierwsze podjazdy wjechałem na przyzwoitej pozycji, na technicznych odcinkach nie straciłem dużo, a na asfaltach i betonie udawało mi się nadrabiać. Trochę czasu straciłem, kiedy przed podjazdem pod popularny Zameczek okazało się, że mam urwaną linkę tylnej przerzutki. Było za stromo, żeby jechać na najmniejszej zębatce kasety i musiałem zablokować tylną przerzutkę śrubką regulacyjną. Na metę wjechałem na 48. miejscu Open i 18. miejscu w kategorii M2. Do zwycięzcy Radeka Śibla straciłem 42 minuty i 11 sekund. Był to mój najlepszy wynik w całym wyścigu.

Całej impreza w zgodnej opinii wszystkich, z którymi rozmawiałem była bardzo udana. Dla mnie trochę mniej, ale to tylko ze względu na nieukończenie pierwszego etapu z powodu problemów technicznych. Pogoda mimo wielkich obaw przed wyścigiem okazała się sprzyjająca (trochę, a momentami trochę więcej błota oczywiście było, ale co to by było za Trophy bez błota?). Jeżeli ktoś szuka prawdziwego MTB i świetnej kolarskiej atmosfery to na pewno może je znaleźć na Beskidy MTB Trophy. Pamiętać trzeba tylko o solidnym przygotowaniu kondycyjnym, technicznym i sprzętowym (przez te kilka dni słyszałem chyba o wszystkich możliwych awariach sprzętu). Dla mnie było to pierwsze, ale pewnie nie ostatnie Beskidy MTB Trophy. Do zobaczenia na trasach!
Wyniki etapów i klasyfikacje


fot. Tomasz Baran - http://www.tomaszbaran.com/

fot. Tomasz Baran - http://www.tomaszbaran.com/

fot. Tomasz Baran - http://www.tomaszbaran.com/

fot. Tomasz Baran - http://www.tomaszbaran.com/

fot. Tomasz Baran - http://www.tomaszbaran.com/

Powerade Suzuki MTB Marathon, Karpacz - relacja

Znowu kilka dni opóźnienia, ale musiałem dojść do siebie po tej epickiej edycji Powerade Suzuki MTB Marathon. Zawody odbywały się w niedzielę, a ja miałem okazję zapoznać się z dużą częścią trasy już piątek, kiedy to udało mi się objechać dystans Mega (czyli jakieś 56 km i 1800 metrów przewyższenia z całości Giga, która liczyła tym razem 80 km i 2560 m). Piątkowa wycieczka nie pozostawiała złudzeń - to miał być prawdziwy górski maraton, kwintesencja MTB. Poza początkowym asfaltowym podjazdem do Górnego Karpacza i kilkom szutrowymi zjazdami praktycznie cała trasa była najeżona górskimi atrakcjami. Singletracki w górę i w dół, zjazdy po kamieniach, agrafki po korzeniach, a wszystko to ułożone w bardzo płynną trasę, która choć trudna technicznie to dość bezpieczna (w najtrudniejszych miejscach po prostu nie dało się jechać tak szybko żeby zrobić sobie dużą krzywdę) i zachęcająca do przełamywania swoich barier. W piątek i sobotę w Karpaczu nie padało w ogóle, ale utrzymanie się takiej pogody byłoby nadmiarem szczęścia i w niedzielę rano oczywiście popadało. Na szczęście opady nie były szczególnie silne, a wyschnięta gleba ładnie przyjęła wodę, dzięki czemu jazda trasa była tylko trochę mniej przyczepna niż wcześniej.
Startowałem z drugiego sektora, w którym chyba już się zadomowiłem. Postanowiłem, że tym razem pierwszy podjazd trochę odpuszczę i nie będę za wszelką cenę starał się trzymać czołówki - trasa była zbyt długa i trudna na taką jazdę. Po asfaltowym podjeździe wjechaliśmy na dobre w teren i zaczęły się wszystkie atrakcje, o których pisałem wcześniej. Na technicznych odcinkach jechało mi się bardzo dobrze. Sam byłem zaskoczony, że w miejscach, w których kiedyś schodziłbym z roweru, przejeżdżałem w miarę spokojnie, tracą niewiele (o ile w ogóle) do jadących w moich okolicach. Niestety po ok. godzinie jazdy na jednym z szybszych zjazdów poprzecinanych kamiennymi fragmentami przebiłem dętkę w tylnym kole. Naprawa kosztowała mnie kilka minut czasu i stratę w tym momencie ok. 20 pozycji. Po usunięciu usterki zacząłem odrabiać poniesione straty. Szczególnie na podjazdach i płaskich łącznikach udało mi się wyprzedzić kilkanaście osób. W ten sposób dojechałem do najdłuższego i najtrudniejszego podjazdu tego dnia, czyli Petrowki. Ta góra robi niesamowite wrażenie - pnie się do góry prawie bez zakrętów, przez co ciągle widzisz, że do końca podjazdu jeszcze bardzo daleko. Na dodatek podjazd im wyżej, tym bardziej staje się stromy. Ostatnie fragmenty pokonywałem już "z buta", bo prędkość na rowerze byłaby podobna, a tak była okazja do rozciągnięcia mięśni. Później długi zjazd z Petrowki poprzecinany wysokimi rynnami odprowadzającymi wodę (o dziwo i na tym zjeździe udało mi się wyprzedzić kilka osób). Petrowka już bardzo solidnie ułożyła stawkę. Do samego końca większych przetasowań w stawce nie było. Dystanse się połączyły przez co jazda po wąskich technicznych ścieżkach stała się trudniejsza, bo trzeba było szukać miejsca do wyprzedzania. Później kolejny kultowy podjazd, czyli Chomontowa (na którym zorientowałem się, że mam złamaną szprychę i krzywe tylne koło). Na szczycie Chomontowej do mety pozostało jakieś 10 km, ale nie było to koniec atrakcji. Pozostał jeszcze najbardziej kamienisty zjazd (byłem bardzo zadowolony ze swojej postawy na nim - tylko w jednym miejscu, po wybraniu złej ścieżki, byłem zmuszony zejść z roweru), singletrack pod górę, zjazd po korzenistych agrafkach (tu już było trochę gorzej - może przez zmęczenie, może przez coraz bardziej mokrą trasę musiałem schodzić częściej niż bym chciał), zjazd po łące, ostatni krótki odcinek asfaltu i już:) było widać stadion i metę na nim.
Mój czas na mecie to 05:23:06, co pozwoliło na zajęcie 37. miejsca Open i 13. w mojej kategorii. Do zwycięzcy straciłem 01:11:30, co uważam za wynik niezły (uwzględniając trudność trasy i defekt). Z imprezy jestem bardzo zadowolony, bo w końcu trochę przełamałem się technicznie, a wyścig ten był doskonałym przygotowanie do zbliżającego się MTB Trophy (z którego moje codzienne relacje mają pojawiać się na portalu xc-mtb.info). Podsumowując - wynik zadowalający i najlepsza trasa po jakiej jeździłem.

Wyniki
The best of Karpacz
Cała galeria Kasi