Etap I
Do Istebnej dotarliśmy w środę w nocy i przywieźliśmy ze sobą burzę. Jak tylko położyliśmy się spać zaczęło grzmieć i mocno padać. Padało jeszcze rano przed startem pierwszego etapu, którego start miał mieć miejsce o godz. 12. Etap liczył ok. 62 km i 2400 metrów przewyższeń. Startowałem z początku drugiego sektora (pierwszy zarezerwowany był dla stu najlepszych ubiegłorocznych uczestników). Pierwsze 10 km etapu to podjazd - najpierw po asfalcie, a później po szutrach i luźnych kamieniach. Mimo, że startałem się oszczędzać, mając w perspektywie kolejne dni jazdy jechałem na dość dobrej pozycji (myślę, że było to ok. 30 miejsca). Po podjazdach zaczęły się zjazdy. Na jedym z nich poczułem nieprzyjemne "pływanie" tylnego koła. Najpierw myślałem, że przebiłem dętke, ale okazło się, że defekt jest znacznie poważniejszy. Połowa szprych była wykręcona z nypli! Takie są niestety skutki jazdy na nieprzetestowanym sprzęcie (na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że koło kupowałem w trybie awaryjnym, po uszkodzeniu poprzedniego mojego koła i czasu na testy niestety nie starczyło). Sportowa rywalizcja na pierwszym etapie i jak w całym MTB Trophy się dla mnie skończyła. Wyścig będę kontynuował poza już klasyfikacją.
Z relacji inych zawodników wiem, że reszta trasy była wymagająca. Podjazdy skumulowane na dość krótkim dystansie stanowiły spore wyzwanie kondycyjne. Technicznie nie było bardzo trudno, ale to tylko przez to, że deszcz przestał padać na kilka godzin przed startem etapu i błotniste były tylko fragmenty trasy. Trudno też było znaleźć na mecie zawodnika, który nie miałby problemów ze sprzętem. Uszkodzone obręcze, przerzutki, opony, niedziałający napęd były bardzo powszechne.
Rywalizację na pierwszym etapie wygrał Bartosz Janowski z Dobre Sklepy Rowerowe Author. Z pełnymi wynikami można zapoznać się na stronie organizatora.
Jutrzejszy etap będzie etapem najdłuższym i pewnie najtrudniejszym. Prognozy pogody na jutro są mało optymistyczne - praktycznie przez cały dzień ma padać. Ponad 90 km odległości i ponad 3000 m przewyższeń obiecują trudną przeprawę. Dla mnie już niestety poza klasyfikacją.
Etap II
Dzisiejszy etap Beskidy MTB Trophy zaczynał się po czeskiej stronie granicy, co oznaczało, że na start trzeba było dojechać z Istebnej kilka kilometrów. Pogoda w na starcie i później w czasie wyścigu okazała się, pomimo wcześniejszych prognoz, bardzo sprzyjająca. Umiarkowana temperatura i świecące słońce sprzyjały ściganiu. Niestety na trasie zalegało sporo błota, które było wynikiem wcześniejszych opadów. Trasa dzisiejszego etapu liczyła 85 km i ok. 2700 metrów przewyższenia.
Etap zaczynał się kilkukilometrowym podjazdem, najpier asfaltowym, a następnie szutrowym. Starałem się jechać spokojnie, bo wiedziałem, że do mety bardzo daleko, a za każde szaleństwo na początku trzbeba będzie zapłacić. Po pierwszych podjazdach, do ok. 30 km udawało mi się utrzymywać przyzwoitę tempo i niezła pozycję w stawce. Później niestety było już trochę gorzej, a to dlatego, że trasa diametralnie zmieniła swój charakter. Zamiast po szutrach i asfaltach jechaliśmy wąskimi singletrackami poprzecinanymi korzeniami, a błoto momentami sięgało po łydki, podjeżdzaliśmy, a często też podchodziliśmy po luźnych kamieniach, a na zjazdach zalegały kamienie, często całkiem sporej wielkości. Tututaj zdecydowanie wyszły moje braki techniczne i w dość szybkim czasie zacząłem tracić pozycje. Taki stan rzeczy miał miejsce do drugiego tego dnia bufetu, czyli do 50. km trasy. Największse technicze trudności były już za nami (co nie znaczy, że było łatwo), a stawka powoli zaczęła się stabilizować, a odstępy między zawodnikami rosnąć. Jeśli były jakieś przetasowania to raczej niwielkie. Na metę dojechałem w czasie 6:01:52, co dało mi 90. miejsce Open i 31. w ktegorii M2. Zwycięzcą etapu został Bartosz Janowski z czasem 4:33:39 Kiedy kilka minut przed godziną 21 rozmawialiśmy z organizatorem mówił on, że jeszcze 6 osób jest na trasie...
Jutrzejszego etapu na pewno też nie można zaliczyć do łatwych. 71 km odlegości to krócej niż było dzisiaj, ale przywższenia pozostają podobne, a to zapowiada jeszcze bardziej strome podjazdy (w tym ten pod Wielką Raczę) i mniej dających chwile odpoczynku płaskich odcinków. Progonozy pogody też nie są optymistyczne, ale może tak jak dzisiaj też się nam upiecze.
Etap III
Trzeci etap Beskidy MTB Trophy miał być królewskim etapem tej imprezy, a to ze względu na dwa, chyba najbardziej charakterystyczne podjazdy okolic Istebnej - pod Ochodzitą i pod Wielką Raczę. Zachmurzone niebo rano i pesymistyczne prognozy pogody skłoniły organiztorów do wybrania wariantu trasy na złą pogodę, a ten miał liczyć 81 km i 2700 metrów przewyższeń. Z profilu trasy wynikało, że najtrudniejsze będzie ok. 30 pierwszych kilometrów etapu, a to ze względu na dwa, wcześniej wspomiane podjazdy.
Zaczęliśmy oczywiście pod górę, najpierw ulicami Istebnej, a później okolicznymi szutrami i asfaltami. Momentem kulminacyjnym pierwszej wspinaczki były kultowe płyty betonowe na Ochodzitej. W tym fragmencie jechało mi się całkiem dobrze. Regeneracja po poprzednim etapie musiała być całkiem przyzwoita. Na zjeździe z Ochodzitej, jak to zawsze u mnie na zjazdach, trochę gorzej, ale na tym fragmencie nie straciłem zbyt dużo. Później nastąpił interwałowy odcinek z bardzo stromymi podjazdami i szybkimi zjazdami po kamieniach. Zaraz za drugim bufetem zaczynał się podjazd pod Wielką Raczę, czyli najwyższy punkt dzisiejszego etapu. Podjazd wydawał się nie mieć końca, a jego nachylenie bardzo rzadko spadało poniżej 15 procent. Na tym podjeździe wyprzedził mnie tylko jeden zawodnik, co uznaję za dobry wynik. Po osiągnięciu szczytu zaczął się najtrudniejszy dla mnie odcinek. Najpierw zjazd po kamieniach i korzeniach, a później sigletrack gęsto poprzecinany korzeniami, które bardzo skutecznie wybijały mnie z rytmu. Tutaj straciłem niestety sporo. Dalsza część trasy była już łatwiejsza - na przemian podjazdy i zjazdy, ale już nie tak długie i strome. Przetasowania w stawce nie były już duże, a mi udawało się utrzymywać pozycję. Ostatnie 10 km to głównie asfalty, którymi wracaliśmy do Istebnej. Po asfaltach jeżdzę zdecydowanie lepiej niż w technicznych fragmentach dzięki czemu udało się tutaj wyprzedzić kilku zawodników. Ostatnie 500 metrów przed metą to kawałek terenu, na który chyba ktoś spejalnie wylał kilka ton błota, które momentami sięgało po piasty. No i w końcu meta.
Mój dzisiejszy wynik to 70. miejsce Open i 30. w kategorii M2. Na metę dojechałem w czasie 4:52:50, tracąc do tradycyjnego już zwycięzcy etapowego Bartosza Janowskiego 56 minut i 40 sekund. Dzisiejsze srtaty sprzętowe to jedna przecięta opona (nie wiem jak to się dzieje, ale Beskidy po prostu dewastują sprzęt).
Jutrzejszy, ostatni etap również nie będzie należał do łatwych. Odległość i przewyższenia będą podobne do tych dzisiejszych, a znając pomysłowość organizatorów w wyborze ścieżek można mieć pewność, że nie będzie to etap przyjaźni.
Etap IV
71 km i 2600 przewyższenia to parametry czwartego i zarazem ostatniego etapu Beskidy MTB Trophy 2011.
Kulminacyjnym punktem dnia miał być wspinaczka na ponad 1100 metrów n.p.m., na szczyt Klimczoka. Pogoda i tym razem zlitowała się nad już i tak zmęczonymi zawodnikami i rywalizacja przebiegała w przyjemnej temperaturze, a przepiękne beskidzkie widoki oświetlały promienie słońca.
Punktualnie o godzinie 10 padł sygnał startu i cały peleton zaczął zmagania z przygotowaną przez organizatorów trasą. Jak się można było spodziewać po poprzednich dniach rywalizacji i tym razem na trasę nie można było narzekać, bo każdy mógł na niej znaleźć to, co lubi najbardziej.
Początkowe asfaltowe i szutrowo - kamieniste podjazdy płynnie przechodziły w zjazdy wąskimi ścieżkami i bardzo szybkimi odcinakami szutrowymi. A to był tylko początek, bo po mozolnych kamiennych podjazdach zaczęła się jazda po technicznych ścieżkach biegnących zboczem góry i karkołomne zjazdy po różnej wielkości kamieniach i korzeniach.
Kolejne kilkadziesiąt minut to podjazd pod "ścianę" Klimczoka, a po osiągnięciu szczytu niesamowicie długi i płynny zjazd w kierunku Brennej. Na samym dole zjazdu ciężko było wyprostować palce u rąk, a hamulce powoli zaczynały odmawiać współpracy. Potem było już łatwiej. Przynajmniej łatwiej technicznie, bo zaczęły przeważać szutry, płyty betonowe i asfalty, ale rzadko było płasko.
Na końcu tradycyjny już odcinek wiecznego błota i uśmiech na twarzy każdego przejeżdżającego przez linię mety. Dla mnie był to udany etap. Pierwsze podjazdy wjechałem na przyzwoitej pozycji, na technicznych odcinkach nie straciłem dużo, a na asfaltach i betonie udawało mi się nadrabiać. Trochę czasu straciłem, kiedy przed podjazdem pod popularny Zameczek okazało się, że mam urwaną linkę tylnej przerzutki. Było za stromo, żeby jechać na najmniejszej zębatce kasety i musiałem zablokować tylną przerzutkę śrubką regulacyjną. Na metę wjechałem na 48. miejscu Open i 18. miejscu w kategorii M2. Do zwycięzcy Radeka Śibla straciłem 42 minuty i 11 sekund. Był to mój najlepszy wynik w całym wyścigu.
Całej impreza w zgodnej opinii wszystkich, z którymi rozmawiałem była bardzo udana. Dla mnie trochę mniej, ale to tylko ze względu na nieukończenie pierwszego etapu z powodu problemów technicznych. Pogoda mimo wielkich obaw przed wyścigiem okazała się sprzyjająca (trochę, a momentami trochę więcej błota oczywiście było, ale co to by było za Trophy bez błota?). Jeżeli ktoś szuka prawdziwego MTB i świetnej kolarskiej atmosfery to na pewno może je znaleźć na Beskidy MTB Trophy. Pamiętać trzeba tylko o solidnym przygotowaniu kondycyjnym, technicznym i sprzętowym (przez te kilka dni słyszałem chyba o wszystkich możliwych awariach sprzętu). Dla mnie było to pierwsze, ale pewnie nie ostatnie Beskidy MTB Trophy. Do zobaczenia na trasach!
Wyniki etapów i klasyfikacje